Nad tym, jak zacząć post o mieście, w którym spełniły się moje marzenia, o mieście, które śni mi się po nocach i ostatecznie o mieście, do którego obiecałam sobie, ze jeszcze kiedyś wrócę (może tym razem na dłużej niż na dziesięć dni), myślę już odkąd wystartował samolot kierunek Frankfurt->Nowy Jork J.F. Kennedy. To miasto, które nigdy nie śpi zaprzątało moje myśli już od ładnych paru lat, ale zawsze było to jedno z tych marzeń, które wiedziałam, że nie spełni się od tak, po prostu. Właściwie, może dlatego mogłam rozpatrywać to pragnienie w kategoriach marzeń. Wyobraźcie sobie więc moją reakcję, kiedy na początku roku szkolnego widok Statuy Wolności nieco się rozjaśnił, a co więcej, kobieta, będąca symbolem wolności Stanów Zjednoczonych zaczęła lekko się do mnie uśmiechać i w zachęcającym geście wyciągała dzierżącą złotą pochodnię rękę.
Jeżeli istnieje widok, który zachwyca bardziej niż Nowy Jork w dzień, to daję słowo, jest nim Nowy Jork nocą. I choć nie było nam dane mieszkać w sercu Manhattanu, to codzienne przeprawy promem ze Staten Island pozwoliły na zapisanie w mojej pamięci takich widoków:
Przyznaję, Times Square mogłaby widnieć w encyklopedii jako definicja kiczu i tandety w nowoczesnym wydaniu, to ciężko jest mi nie być przywiązaną do tego miejsca. I choć muszę przyznać, że widok strzelistych budynków świecących kolorowymi telebimami z reklamami wszelkiej maści nie jest widokiem, który w mojej hierarchii estetyki znajduje się wysoko, to pozostanie on w mojej pamięci już na zawsze, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości.
Wstawianie zdjęć posiłków jest w oczach wielu czymś wyjątkowo trywialnym, ale ciężko w obliczu miejsca, które odwiedziłam nie wspomnieć o jedzeniu (: Niestety muszę przyznać, że trudno było przeoczyć McDonalda na co drugiej ulicy, a nawet trudniej - Subway'a. I choć w podziemiach w ciągu tych 10 dni spędziłam naprawdę sporo czasu, nie chodzi mi o środek komunikacji miejskiej.
I mimo, że kanapki prezentowane na zdjęciach poniżej były bardzo smaczne, to posiłki tego typu raczej sobie odpuszczę.. Miłą odmianą (choć muszę przyznać, sam widok nie jest wyjątkowo apetyczny) była więc dla mnie zupa udon w japońskiej restauracji.
Już od samego początku na liście modowych miejsc, które koniecznie musiałam odwiedzić w Nowym Jorku zaraz obok Acne, Allsaints, czy American Appareal widniał w rzeczy samej... thrift shop (znajomo rozbrzmiewa w głowie ta nazwa, prawda? (:). Już jakiś czas temu pogodziłam się z faktem, iż nie zostałam obdarzona wyjątkowym talentem do znajdowania w second handach perełek po kilka złotych, to będąc mieszkańcem NY (zazdrość, zazdrość mnie wypala) nie trzeba być w tym kierunku wyjątkowo uzdolnionym. Choć przyznać muszę, że wyżej wymienionych perełek nie kupi się za kilka dolarów, bo taki vintage zakup wymaga niestety nieco większego nakładu pieniędzy (oczywiście wciąż mniejszego niż robiąc zakupy w sieciówkach).





W tym miejscu kończy się część pierwsza fotorelacji z wycieczki mojej marzeń. Spragnionych modowych zdjęć pocieszam- w kolejnej notce znajdą się przede wszystkim fotki streestylowe, bo zabawiłyśmy się razem z moją wspaniałą fotografką (której zresztą strasznie dziękuję za zdjęcia i zaangażowanie!) Weroniką w paparazzi i mam mnóstwo zdjęć stylowo ubranych mężczyzn ((;

























































