niedziela, 19 maja 2013

New York City, part one

Nad tym, jak zacząć post o mieście, w którym spełniły się moje marzenia, o mieście, które śni mi się po nocach i ostatecznie o mieście, do którego obiecałam sobie, ze jeszcze kiedyś wrócę (może tym razem na dłużej niż na dziesięć dni), myślę już odkąd wystartował samolot kierunek Frankfurt->Nowy Jork J.F. Kennedy. To miasto, które nigdy nie śpi zaprzątało moje myśli już od ładnych paru lat, ale zawsze było to jedno z tych marzeń, które wiedziałam, że nie spełni się od tak, po prostu. Właściwie, może dlatego mogłam rozpatrywać to pragnienie w kategoriach marzeń. Wyobraźcie sobie więc moją reakcję, kiedy na początku roku szkolnego widok Statuy Wolności nieco się rozjaśnił, a co więcej,  kobieta, będąca symbolem wolności Stanów Zjednoczonych zaczęła lekko się do mnie uśmiechać i w zachęcającym geście wyciągała dzierżącą złotą pochodnię rękę. 

 Jeżeli istnieje widok, który zachwyca bardziej niż Nowy Jork w dzień, to daję słowo, jest nim Nowy Jork nocą. I choć nie było nam dane mieszkać w sercu Manhattanu, to codzienne przeprawy promem ze Staten Island pozwoliły na zapisanie w mojej pamięci takich widoków:
Przyznaję, Times Square mogłaby widnieć w encyklopedii jako definicja kiczu i tandety w nowoczesnym wydaniu, to ciężko jest mi nie być przywiązaną do tego miejsca. I choć muszę przyznać, że widok strzelistych budynków świecących kolorowymi telebimami z reklamami wszelkiej maści nie jest widokiem, który w mojej hierarchii estetyki znajduje się wysoko, to pozostanie on w mojej pamięci już na zawsze, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości.  


Wstawianie zdjęć posiłków jest w oczach wielu czymś wyjątkowo trywialnym, ale ciężko w obliczu miejsca, które odwiedziłam nie wspomnieć o jedzeniu (: Niestety muszę przyznać, że trudno było przeoczyć McDonalda na co drugiej ulicy, a nawet trudniej - Subway'a. I choć w podziemiach w ciągu tych 10 dni spędziłam naprawdę sporo czasu, nie chodzi mi o środek komunikacji miejskiej.
I mimo, że kanapki prezentowane na zdjęciach poniżej były bardzo smaczne, to posiłki tego typu raczej sobie odpuszczę.. Miłą odmianą (choć muszę przyznać, sam widok nie jest wyjątkowo apetyczny) była więc dla mnie zupa udon w japońskiej restauracji.

 Będąc w temacie jedzenia nie mogę pominąć amerykańskich makaroników, których zdjęcia zasypują obecnie portale społecznościowe typu tumblr czy instagram. I chyba nie chcę wiedzieć jak wysoko sięga teraz poziom mainstreamu mojego bloga, ale macaroonsy w wydaniu fioletowo-złotym były naprawdę nieziemskie!

Już od samego początku na liście modowych miejsc, które koniecznie musiałam odwiedzić w Nowym Jorku zaraz obok Acne, Allsaints, czy American Appareal widniał w rzeczy samej... thrift shop (znajomo rozbrzmiewa w głowie ta nazwa, prawda? (:). Już jakiś czas temu pogodziłam się z faktem, iż nie zostałam obdarzona wyjątkowym talentem do znajdowania w second handach perełek po kilka złotych, to będąc mieszkańcem NY (zazdrość, zazdrość mnie wypala) nie trzeba być w tym kierunku wyjątkowo uzdolnionym. Choć przyznać muszę, że wyżej wymienionych perełek nie kupi się za kilka dolarów, bo taki vintage zakup wymaga niestety nieco większego nakładu pieniędzy (oczywiście wciąż mniejszego niż robiąc zakupy w sieciówkach).





 W tym miejscu kończy się część pierwsza fotorelacji z wycieczki mojej marzeń. Spragnionych modowych zdjęć pocieszam- w kolejnej notce znajdą się przede wszystkim fotki streestylowe, bo zabawiłyśmy się razem z moją wspaniałą fotografką (której zresztą strasznie dziękuję za zdjęcia i zaangażowanie!) Weroniką w paparazzi i mam mnóstwo zdjęć stylowo ubranych mężczyzn ((;

niedziela, 14 kwietnia 2013

Winter's last fairy tale

 



 
 Wiem, że widok śniegu nie jest czymś, czego oglądanie może sprawiać przyjemność prawie w półmetku kwietnia, tym bardziej biorąc pod uwagę, że widzieliśmy go w tym roku już naprawdę wystarczającą ilość razy. Ale musiałam pokazać Wam tę historię. Historię, którą utkała i zamknęła w kadrach Karolina, na której bloga serdecznie zapraszam ~ www.karolinanocon.blogspot.com


piątek, 29 marca 2013

Black is such a happy colour




 
 |kurtka - showroom.pl, KLU, lakier- miss sporty|


Choć od czasu do czasu naprawdę mocno staram się obronić przed czernią i wyjątkowo zawzięcie próbuję wpleść do swojej szafy choć odrobinę koloru za sprawą neonowego swetra, czy miętowej spódniczki, to prędzej czy później przekonuję się, że kolory inne niż czerń, biel, 
szarości, brązy czy beże zwyczajnie do mnie nie pasują. I mimo, że zdaję sobie sprawę, że blond włosy wyglądałyby pewnie wyjątkowo korzystnie w towarzystwie kobaltu czy fuksji, to moje przywiązanie do czerni (nie)stety nie zmieni się chyba nigdy. Do mojej kolekcji rzeczy z serii all in black dołączyła więc dumnie prezentowana przeze mnie kurtka marki KLU (Edyta Jermacz) z serii gorg, zakupiona na stronie showroom.pl, do złudzenia przypominająca kurtkę z kolekcji uwielbianego przeze mnie Alexandra Wanga, jednak w cenie conajmniej dziesięć razy niższej. Inicjatywa shwroomu online jest rewelacyjna- potencjalni klienci w parę minut mogą stać się właścicielami unikatowych części garderoby,
a wschodzący projektanci mają znacznie
ułatwiony start w niełatwym świecie mody. Czegóż chcieć więcej?
...
Ostatecznie, przynajmniej moja garderoba wpasowuje się w panującą 
obecnie wiosenną pogodę... 

EDIT: Post NIE JEST sponsorowany. 

poniedziałek, 11 lutego 2013

I am in the monochromatic mood

Myślę, że nawet najmniej zainteresowany modą osobnik, który choć od czasu do czasu zostaje zmuszony siłami wyższymi do odwiedzenia jednego z centrum handlowych nie jest w stanie przeoczyć panującego aktualnie hipertrendu. A mianowicie - pasków. Pionowe, horyzontalne, czy na ukos, nie ma to większego znaczenia, ważne, żeby były w monochromatycznym połączeniu. Skoro czerń, zaraz obok bieli, to barwy absolutnie uniwersalne, to zestawienie ich w proporcji 1:1 po prostu nie może się nie udać! I zanim po przejrzeniu poniższych zdjęć stwierdzicie, że mój indywidualizm sięgnął dna, a wszelkie moje oszczędności wydałam co do grosza na wymianę zawartości mojej szafy na ubrania w wymienionym wcześniej wzorze, tylko dlatego, bo prezentowane są na witrynach sklepowych każdej mniej lub bardziej szanującej się sieciówki, uspokajam..
W rzeczy samej, największe domy modowe znacznie ułatwiły mi poszukiwania ubrań odzwierciedlających moją osobowość, ale zapewniam, moje zachowania zdecydowanie nie były podyktowane chęcią wpasowania się w panujący obecnie trend. Nie wiem czy kogoś jeszcze uda mi się zaskoczyć, ale znaczna część mojego serca przyodziana jest właśnie w czarno-biały materiał zwieńczony wiktoriańsko-gotyckim kołnierzykiem i pulsuje w rytm melodii, rozpoczynającej filmy takie jak Sweeney Todd, Edward Nożycoręki czy Rodzina Adamsów. 
Tim Burton był moim idolem chyba już za czasów podstawówki, kiedy to odkryłam nieśmiertelną bajkę z gatunku creepy - Nightmare before Christmas. I właśnie od tego czasu zaplątana w ogromną fascynację tym niezwykłym reżyserem odkrywałam tajniki jego stylu. Chyba nikomu nie muszę przypominać o głównym motywie charakteryzującym Tima. W istocie, paski. Sam reżyser przyznaje się do noszenia pasków na każdym elemencie garderoby, nawet na.. skarpetkach (bądź co bądź, muszę chyba poszerzyć nieco swoją listę zakupów! (:) 

"Gdy byłem młody, byłem dużo bardziej szalony i niespokojny niż dziś. Któregoś dnia odkryłem, że nic mnie tak nie uspokaja i nie pomaga wrócić na ziemię jak skarpetki w prążki"- te właśnie słowa możemy przeczytać w wywiadach ze znakomitym reżyserem. I jak to na artystę przystało, odzwierciedlenia jego osoby musimy doszukiwać się w jego twórczości. Cóż, tym razem, nasze badania nie będą trwały zbyt długo... Sok z żuka. Postać Beetleguese'a była chyba nad wyraz dosłownym uosobieniem reżysera, bo jego strój mógł przyprawić nieco bardziej wrażliwych osobników o zwykły oczopląs. Pasiasta marynarka i pasiaste spodnie dopełnione są białą koszulą i czarnym krawatem. Uczta dla zmysłu wzroku! Ale cóż to za argument, który poparty jest tylko jednym przykładem... musical Sweeney Todd, czyli Demoniczny golibroda z Fleet Street. Tytułowy golibroda w piosence By the sea prezentuje nam niezwykły strój w sam raz na miesiąc miodowy, który spędza zresztą z przeuroczą Panią Lovett, w postać której wciela się żona Tima Burtona- Helena Bonham Carter. Uwierzcie, moim zachwytom naprawdę, nie używając żadnej przenośni, nie ma końców. Każdy z wymienionych wyżej filmów obejrzałam co najmniej naście razy i w rzeczy samej nie zamierzam na tym zakończyć. Mój burtonowy obłęd każdy dobry psycholog zbada choćby na podstawie zawartości mojej szafy... a oto i akta choroby:
(sukienka - MOTEL via asos.com)

(koszula, marynarka- zara)
Ale moja fascynacja stylem z działu creepy nie kończy się bynajmniej na Burtonie (choć film, o którym zaraz będę się rozwodzić już wkrótce doczeka się remake'a właśnie w reżyserii Tima!). Serial Rodzina Adamów, czyli pierwotnie jeden z najpopularniejszych amerykańskich komiksów, w ekranizacji  Barriego Sonnenfelda zdecydowanie zdobył moje serce i już będąc kilkuletnią dziewczynką niemożliwym było oderwanie mnie od telewizora gdy na ekranie ukazywane były historie tej przerażająco dziwnej rodziny. Wednesday oczywiście była moją ulubienicą i choć jej strój, składający się z prostej czarnej sukienki i kontrastującego białego kołnierzyka, wydawał mi się wtedy chyba odrobinę nieco zbyt przerażający, to powracam do niego dziesięć lat później, interpretując na swój sposób.
Od dłuższego czasu kołnierzyki więc darzę uczuciem zdecydowanie wyjątkowym i choć te w stylu pensjonarskim mocno mnie rozczulają, to dopiero te "uczniowskie" o mocnym, ostrym zakończeniu są triumfującym i dominującym mikrotrendem w mojej szafie.





I choć sprawą absolutnie oczywistą był fakt, że większą sympatią darzyłam w bajce postać dziewczęcą i wyjątkowo gorąco kibicowałam jej w każdym z przerażających pomysłów dotyczących jej brata Pugsleya, to i sam on, sympatyczny (choć w tym przypadku określenie to jest chyba pojęciem względnym) pulchny chłopczyk  na swój sposób zdobył moje zainteresowanie. Można zauważyć w końcu coś bardzo charakterystycznego w jego ubiorze. Ach, te paski... (:

(bluzka - DIY)
                                                 (sweter- zara, koszula- COS, buty- simple)

Jak na fankę przystało już od kilku lat zbieram wszelkie informację z prasy na temat całej uwielbianej przeze mnie trójki - Tima Burtona, Johnnego Deppa i Heleny Bonham Carter i trzymam je w specjalnej kopercie, której przysięgam- strzegę wyjątkowo mocno i nie oddam za żadne skarby świata! (:


 Zostawiam Was z przygotowywanym przeze mnie godzinami postem i szczerze liczę, że choć cześć z Was pokusi się o przeanalizowanie jego treści. Sama tymczasem oddaję się całkowicie seansowi jednego z filmów, do których tak gorąco usiłowałam Was zachęcić! (:
P.S. Wyobrażacie sobie moją radość, kiedy dowiedziałam się, że córka Tima i Heleny ma na imię Nelly? No naprawdę, przeznaczenie!